Komentarz wstępny: jeżeli nic się tu nie dzieje, to nie należy zgrzytać zębami, tylko czekać cierpliwie. Milczenie nie oznacza, że zbijam bąki, tylko że dzieje się tak dużo, że nie nadążam z pisaniem.
Myli się ten, kto sądzi, że mój pobyt w Szwajcarii składa się z samych przyjemności. Bo zdarzają się przecież też prawdziwe rajskie rozkosze. Zeszły weekend upłynął mi w Kleine Scheidegg. Narciarski wypad zorganizowali dwaj moi 'koledzy z klasy'. Udział wzięli wszyscy uczestnicy programu z wyjątkiem usprawiedliwionego kolegi Ralpha, który ma już koło pięćdziesiątki, żonę, pracę w Bazylei oraz wygląd i maniery przywodzące mi na myśl Oscara Wilde i dlatego lepiej pasowałby w Stambule niż w Alpach.
Napisane jest: prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niżby bogaty miał wejść do Królestwa Niebieskiego. Szwajcarzy prawdopodobnie dobrze się nad tymi słowami zastanowili i po namyśle zbudowali kolej na przełęcz Jungfrau - tu bogacz może rzucić okiem, jak wygląda raj a przy okazji uczynić ważne kroki na drodze do ubóstwa. Kleine Scheidegg (Małe Rozstaje) to ostatnia stacja przed wjazdem na szczyt. W zimie nie docierają tu samochody - można wjechać tylko koleją zębatą. I ja nią tam w piątek wieczorem wjechałem. Tej podróży nie zapomnę nigdy. Pociążek jechał mniej więcej 10km/h po nachylonym torze, wzdłuż przepaści, a przede mną przesuwała się w ostatnich promieniach słońca granatowo-niebiesko-pomarańczowa perspektywa alpejskiej doliny. Następne dwa dni były po prostu mistyczne. Niebo błekitne nade mną, gorące śniadanie we mnie i do piątej po południu zamiana energii potencjalnej na kinetyczną przy bardzo niewielkich stratach na tarcie.
Mieszkane było w dwanaście osób na czterech potrójnych barłogach (lub jak kto woli sześciu zestawionych po trzy piętrusach). Kto jednak oczekiwałby w tym miejscu 'scen', ten widocznie nie wie, co się dzieje z człowiekiem, który spędził cały dzień w śnieżnym opiekaczu, przy pierwszym kontakcie z pościelą. Traci się momentalnie przytomność i odzyskuje ją dopiero o siódmej rano, gdy zaparowany, nagrzany pokój wypełni szurum-burum pierwszych poszukiwań ręcznika/kremu/skarpet/gogli. Ale oczywiście poznaliśmy się wszyscy nawzajem znacznie lepiej. Hiszpanka, Grzeczynki i Chińczycy wymagali specjalnej troski, jako że stawiali pierwsze kroki na nartach. Wspólne kolacje upływały na międzynarodowych docinkach, żartach i wygłupach. Na szczęście przygotowałem się odpowiednio i na zadawane po trzech piwach pytania, czy jest cokolwiek sławnego z Polski oprócz 'shoe-polish' recytowałem sukcesy Małysza i Sikory, przybliżałem ignorantom Skłodowską-Curie (to ona była Polką?), Ignacego Łukasiewicza, Cud nad Wisłą a na koniec zapisywałem im w moleskinach do czytania 'Boże Igrzysko'.
Jeździliśmy na południowych stokach Laubenhorn a przed sobą mieliśmy północną scianę Eigeru, Mnicha i Jungfrau. Słońce przez cały dzień w czasie rzeczywistym zmieniało cienie i kolory na górach. Zdecydowanie najpiękniej wyglądały około drugiej podświetlone niebieskie lodowce na zachodnim stoku Eigeru. Zdjęcia tutaj.
Mój wuj Jerzy przejeżdżał kiedyś z ziemi włoskiej do Polski wioząc w samochodzie świętej pamięci prababcię Zofię. Podobno w którejś ze Szwajcarskich dolin prababcia powiedziała do wuja: - "Synku, ja tak właśnie wyobrażam sobie raj". B. Z., mam nadzieję, że masz tam na górze co najmniej takie słońce, jakie my mieliśmy w Kleine Scheidegg i że przy wejściu odebrałaś wieczny skipass.
Ścieżka dźwiękowa: samo wspomnienie nieba alpejskiego wywołuje u mnie atak bluesa. Do opisania zależności między tym łez padołem a niebieskimi rozkoszami nadaje się tylko jedna piosenka - Tears in heaven.
poniedziałek, 25 lutego 2008
Ski-head
Autor:
Jan Strumiłło
o
10:49
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz