Wczoraj w nocy przytrafiło mi się nieszczęście - wpadłem do studni! Przez niezabezpieczony otwór w Wikipedii wpadłem do głębokiej studni z cieczą, która nazywa się 'Ludwig Wittgenstein'. Ale lepiej zacznę od początku.
Cały zeszły tydzień - od poniedziałku do soboty wieczorem - upłynął mi na luksusowej tułaczce po byłym imperium Habsburgów. Seminarwoche, czyli podróż studialna, odbywa się raz na semestr i jest kosztownym przywilejem wszystkich studentów architektury na ETH. Cały wydział wyrusza w tym samym terminie, przy czym każdy z profesorów organizuje inną wyprawę. Szeroka oferta tematów zawiera się w różnych przedziałach cenowych: od zwiedzania blokowisk w Zurychu poprzez modernistyczną architekturę Teneryfy aż po nową urbanistykę gdzieś w Chinach. Mnie zapisano automatycznie wraz z całym kursem MAS Wohnen na zaprogramowaną przez katedrę Dietmara Eberle wycieczkę pod tytułem 'Praha - Brno - Wien: auf den Spuren von Adolf Loos' (pol.: P-B-W: na tropach A.L.). Jako kartofel ze wschodu nigdy wcześniej nie mieszkałem w hotelu. Zawsze schroniska, kempingi, namioty, albo cudze kanapy. Teraz znam już smak komfortu i stwierdzam niestety, że nie jest wcale ZBYT słodki - przeciwnie, bardzo przyjemny. Nie będę jednak rozwodził się nad tym, jak zorganizowano podróż (doskonale), jak wygodny okazał się autokar (bardzo), jak profesjonalny album o zwiedzanych obiektach wręczono każdemu uczestnikowi (niesamowicie). Wszystko miało po prostu na celu stworzenie idealnych warunków do kontemplowania budynków i to się udało kapitalnie. Program napięto do granic i nawet wieczorne rozrywki wkomponowały się w studia: kolacja na Hradczanach, club-tour po wiedeńskich barach z Dietmarem Eberle w roli przewodnika a potem ostatni wieczór w MAK-cafe przebudowanej niedawno przez Gregora Eichingera. Bodźców estetycznych, intelektualnych i zmysłowych wystarczyłoby mi na pisanie i opowiadanie, choćbym nawet do przyszłej jesieni miał się z mieszkania nie ruszać. Zobaczyłem i usłyszałem mnóstwo, ale trzy domy mnie naprawdę poruszyły. Trzy domy - trzy miasta - trzech architeków. Willa Müllerów w Pradze Adolfa Loosa, Dom Fritza i Grety Tugendhat w Brnie Ludwiga Miesa van der Rohe i Pałac Wittgensteinów w Wiedniu Paula Ehrenfelda i Ludwiga Wittgensteina. Nie dam rady wziąć wszystkich na raz, dlatego to będzie mini-serial, na dodatek teraz znowu od końca.
Jako ostatni z trzech zwiedziłem pałac W. Wcześniej znałem go tylko z rysunków i zdjęć czarnobiałych. W przeciwieństwie do T. i M., W. nie zachwycił mnie a raczej zasmucił. Wittgenstein wybudował dom dla swojej siostry na dużej parkowej działce w centrum gęsto zabudowanej dzielnicy. Był perfekcjonistą, zaplanował wszystko do najmniejszego szczegółu bez litości, ściśle logicznie, matematycznie a przy tym klasycznie. W czasie wojny uczyniono z rezydencji lazaret. Po wojnie, w latach '60 osiedli w stanach potomkowie siostry Ludwiga sprzedali posesję deweloperowi. Ten wyciął drzewa i zabierał się do rozbiórki, bo chciał budować drapacz chmur. W ostatniej chwili wydarto mu z ręki kilof a willę wpisano na listę dziedzictwa kultury austriackiej. Niestety drzewa były już wycięte, a burak i tak postawił swoją wieżę - o dziesięć metrów od okien pałacu. Podupadły budynek zakupiła republika Bułgarii z przeznaczeniem na instytut kulturalny. Austriacy nie mają wyboru i muszą być Bułgarom wdzięczni za podniesienie domu z ruiny własnym sumptem i właściwie lege artis. Ale wiadomo, że z Sofii do niedawna widać było dobrze Moskwę i to nawet w centrum Wiednia. Przed głównym wejsciem ustawili sobie bałkańscy bracia w utopii ogromny pomnik: dwóch socrealistycznych starców z brązu. Podpis głosi co prawda: 'Cyrylowi i Metodemu wdzięczny lud bułgarski' ale wyglądają apostołowie słowian jak Marks i Engels, którym garnitury zamieniono na sukienki. Do subtelnego, destylowanego modernizmu pasują jak kożuch do kwiatka. Obok pałacu wkopał lud bułgarski w ziemię salę konferencyjną, z której wyłażą na lichą trawę jakieś ni-to-świetliki papą obłożone, wentylacyjne grzybki w kolorze PTTK-zielonym, rury dziwne spontaniczne, z pewnością nie przez Wittgensteina zaprojektowane. Wrażenie z gazonu: lekki Czernobyl lub kotłownia w Kutnie. Obrazu wschodniej zapaści dopełniają jeszcze brzozy. W środku instytut kulturalny, czyli przeszłe luksusy poddane siermiężnej ludowej opiece. Folderek rachityczny proponuje do nabycia przepalony cieć w tureckim swetrze, wygląda jak weteran bułgarskiej czeki, na szczęście szybko oddala sie do swojej wędzarni przed telewizor. Willa jest brudnawa i pusta, na ścianach wisi niedoświetlony, marny kunst. Perfekcyjnych mosiężnych klamek Wittgensteina nigdy nie będą już pieścić delikatne dłonie semicko-germańskich intelektualistów, dla których je stworzono. Przemijanie, melancholia i dół.
Tak mnie to wszystko zasmuciło, że wczoraj postanowiłem się zapoznać bliżej z osobą architekta-filozofa Ludwiga Wittgensteina, jakoś uczcić agonię jego opus magnum. I jak zacząłem to mnie wciągnęło tutaj. Uprzedzam - życiorys jest skandaliczno-sensacyjny. Przykładowo, na przystawkę, Wittgensteina kolega z gimnazjum - Adolf Hitler. Dzień zleciał zanim wydostałem się na powierzchnię. Sprawa ma charakter rozwojowy - 'Tractatus logico-philosophicus' już zamówiłem.
W następnym odcinku: tak trwają te trzy - Loos, Wittgenstein i Mies. A z nich największy jest Mies.
Ścieżka dźwiękowa: jak w tytule 'Voyage, Voyage' francuski one-hit-wonder Desireless. Jest tam taki fragmencik, całkiem adekwatny...
Au dessus des capitales,
Des idées fatales
Post się napisał tasiemcowy, nikt dotąd już pewnie nie doczyta, więc dołożę jeszcze dla pogłębienia melancholii bardzo dobrze pasującą sambę 'Manha do carnival' - wykonanie Paula Desmonda osobiście preferuję.
A day in the life of a fool
A sad and a long, lonely day
I walk the avenue
And hope I run into
The welcome sight of you coming my way
I'll stop just across from your door
But, you're never home anymore
So there, in my room
And there, in my gloom
I'll cry, tears of good-bye
Till you come back to me
That's the way it will be
Everyday in the life of a fool.
niedziela, 4 listopada 2007
Voyage, voyage
Autor:
Jan Strumiłło
o
20:51
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

4 komentarze:
czytam i czytam,a za oknem zaczal sie snieg, w irytujacej parze z deszczem. w tej sytuacji cenie tylko wycieczki internetowe,wiec szykuj szybko sequel!
>>pli-pli
moge ci sprzedac korzystnie do egiptu. mini-lichwa
"ci" czy "cię"? jeśli to drugie, to nie taka mini...
o wielki i genialny mój kolego ze Szwajcarii kraju niepsujących się zegarków i kartezjańskiej geometrycznej wstrzemięźliwości wychwalam Cię i twą klawiaturę, oraz niezmierzone głębie Twego intelektu (przydadzą sie przy lekturze Wittgensteina zarówno pierwszego, jak i drugiego). Ucząc sie filozofii nigdzie nie napotkałem wzmianki o tym że L.W. był architektem! Choć nie sądze, żeby mnie to skłoniło ku jego architekturze, tymbardziej filozofii!
Prześlij komentarz