W niedzielę wieczorem byłem w kinie RiffRaff na filmie 'Bird's nest'. Zacznijmy od tego, że był to drugi raz w moim życiu, kiedy udało mi się pójść do kina na film dokumentalny. (Pierwszy raz to był 'Hype' - film o ruchu grunge w Seattle.) Dokument opowiada prawdziwą historię budowania przez Herzoga i de Meurona stadionu olimpijskiego w Pekinie. Zapamiętałem z niego mniej, niż bym chciał i jak to zwykle ze mną bywa, głównie mniej ważne rzeczy. Jacques Herzog mówi tam w pewnym momencie bardzo rozsądnie, że architekci poszukują piękna, czegoś co porusza ludzi, ale bardzo trudno określić co to tak naprawdę jest. Po prostu niektóre projekty TO mają a inne nie, dlatego w tym sensie architekci często nie mają pojęcia, co tak na prawdę robią. Zapamiętałem też, że H&dM wygrali dzięki zatrudnieniu kulturowego konsultanta - artysty Ai Weiwei, który doradzał im w zakresie dobrych i złych skojarzeń. Dzięki temu uniknęli losu Jeana Nouvela który zaprojektował ogromne przekrycie z zielonego szkła, symbolizujące skorupę żółwia. Nie wiedział, biedny, że strzela sobie w kolano, bo sformułowanie 'zielony dach' oznacza w Chinach, że żona dorabia mężowi rogi. W filmie występuje Kasia Jackowska, która na pierwszy rzut oka nie wygląda wcale na wcielenie egzotyki i kosmopolityzmu a tymczasem widać ją doskonale jako ilustrację padających z offu słów: w biurze pracuje obecnie 150 osób z 33 krajów.
Cały wieczór był przyjemnym przeżyciem architektonicznym, nie tylko ze względu na treść filmu. Kino znajduje się w parterze i podziemiach niezwykle kulturalnej nowej plomby mieszkaniowej zaprojektowanej przez Marcela Meili i Markusa Petera. Do pary narysowano tam milutką knajpkę. I w kinie i na kanapie (czyli w cafe) dominuje ciemnoszary stiuk i niesamowite politurowane konstrukcje zawierające kasę i bar. Wyglądają tak, jakby meblościanka mojej ś.p. prababci Zofii okazała się być tranformerem i prowadzić drugie życie jako awangardowy drewniany pseudo-chillida. Zdjęcia zrobiłem już za dnia.
Wadą filmów dokumentalnych jest niedobór warstwy beletrystycznej. W efekcie człowiek wychodzi z kina z głodem akcji. Dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy spotkała mnie następnego wieczora mini przygoda. Wracałem z uczelni ostatnim trolejbusem 72 i z powodów, które się tu nie zmieszczą, wiozłem ogromne tekturowe pudło. Stanęliśmy sobie, pudło i ja, w tej części trolejbusu, gdzie zwykle lokują się matki z wózkami. Stoimy, jedziemy. Na przystanku Hardbruecke wsiadł młody brodacz z dziwnym drewnianym futerałem. Futerał niesiony był w sposób walizkowy, miał minimum 180 cm długości i przekrój dwóch kwadratów, mniej więcej 7x14 cm. Brodacz ustawił się obok mnie i z trudnością wykręciwszy swoim pakunkiem idealnie wpasował go w pozostałe po moim pudle miejsce dla wózków. Bardzo był zadowolony, że tak się wszystko zmieściło i zgodziło i skomentował to z uciechą w moim kierunku przy użyciu swojego szwajcarskiego narzecza. Wydał mi się w tym momencie jakiś podejrzanie przymilny, ale odpowiedziałem w imieniu pudła, że też się cieszę po czym kurtuazyjnie zapytałem, czy futerał zawiera instrument muzyczny, bo podejrzewałem, że wiezie berimbau. Brodacz tylko na to czekał. Roześmiał się z satysfakcją i powiedział, że to są pociągi. Okazało się, że wraca właśnie z dworca, gdzie sprawdzał, czy właściwie dobrał kolory karoserii wagonów. Pokazał mi całą torbę różnych modeli kolejowych, którą trzymał w drugiej ręce. Z udawaną nonszalancją rzucił jeszcze, że ten futeralik mieści 'zaledwie' dwa sześcioczęściowe składy. I wysiadł. Spokojnie dojechałem do domu zastanawiając się, jak wielu ludzi reaguje na opowiadania o moich zainteresowaniach uznaniem mnie za kompletnego wariata.
Ta historia z niedorozwiniętą puentą dowodzi, jak bardzo potrzebowałem akcji po obejrzeniu 'Ptasiego gniazda'. Niemniej jednak film z serca polecam. Nie wiem, jaką muzykę na niedobór akcji zaleca współczesna medycyna. Ja dziś jako ścieżkę dźwiękową przepisuję okłady z być może najbardziej nasyconego dadaistyczną treścią teledysku tego świata. Tylko do użytku zewnętrznego.
czwartek, 31 stycznia 2008
Kinky kinko
Autor:
Jan Strumiłło
o
19:55
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

4 komentarze:
no to słuchaj. spotykam dziś na balu zacnej rodziny Cz. Wojtka Janiszewskaiego z Krakowa, który... a zresztą lepiej mejla usmażę.
na mejla odpowiedzialem, wiec wiesz juz wszystko. Poskarżyłem się Szefowi :)
W dobie pudelka załatwiać prywatne sprawy towarzyskie mejlem?
wstyd... ;)))
no prosze. kolega tomek to sie wczesniej nie chwalił działanoscia publicystyczna a tu widze juz od dawna było robione...
Prześlij komentarz