piątek, 11 stycznia 2008

Mój słodki skarbie

Nie lubię McDonalda, McDonald to ikona zła. Ronald McDonald pachnie Stevenem Kingiem na kilometr tak jak każdy McDonald na kilometr pachnie tłuszczami trans. Mam w pamięci artykuły o potwierdzonej rakotwórczości smażonych ziemniaków. Zdaję sobie sprawę, że królowie plaży trzymają się z daleka od hamburgerów. Wiem doskonale, że 0,3 litra Coca Coli zawiera równoważnik 12 łyżeczek cukru a na dodatek pijąc ją współfinansuję Świadków Jehowy. A jednak czasami, na przykład podczas tankowania na BP w Częstochowie albo bardzo wcześnie rano wracając z imprezy albo po prostu 'kiedyś' zdarza mi się zajść do przybytku Szatana i zamówić powiększony. I za każdym razem mam to dziwne uczucie, że wiem co to za swiństwo i wiem, jak podle wykorzystują pracowników i wiem, jak się kończy SuperSizeMe i czytałem NoLogo ale jednocześnie po prostu mi smakuje.
I teraz uwaga, przenoszę ten przykład na płaszczyznę kulturową: po raz kolejny spożyłem dziś intelektualnego BigMaca oglądając amerykański film 'Skarb Narodów'. Nie ten nowy, który właśnie wszedł do kin, tylko stary, który odebrał dziś wieczorem szwajcarski telewizor w przedpokoju. Niestety, po raz kolejny muszę z odrazą do samego siebie stwierdzić, że nie byłem w stanie po prostu go wyłączyć. Gdyby to był pierwszy raz, to może mógłbym mi wybaczyć. Ale w tym wypadku mówimy o uporczywej recydywie: wczesniej dwukrotnie przyjąłem wersję divx. Trudno sobie wyobrazić bardziej naiwną, naciąganą, ledwie trzymającą się kupy fabułę. Antybohater jest totalnie czarny, zło wcielone, na dodatek gra go Sean Bean - dyżurny 'zły' Hollywood. Z kolei 'dobry' jest tak nieprawdopodobnie idealny, że aż zęby bolą: ma na przykład dyplom historyka z uniwersytetu Stanforda ale też konstruktora maszyn z MIT, oprócz tego odbył służbę w marines i jest licencjonowanym płetwonurkiem. Dziewczyna też wspaniale wiarygodna: wyglądająca na 20 lat biuściasta blondyna Diane Kruger gra panią dyrektor Archiwum Narodowego. I tak jest tam ze wszystkim - wchodzą sobie bez problemu do tunelu metra i podłączają się do monitoringu wideo pilnie strzeżonej instytucji. Statek z osiemnastego wieku leży nietknięty pod wiecznym śniegiem w Arktyce, na dodatek wypełniony suchusieńkim prochem strzelniczym, który oczywiście we właściwym momencie wybucha. Taaak... Ronald McDonald przyjacielem dzieci. I ja patrzę i widzę i rozumiem, że szyte nićmi grubymi na palec. Ale jem dalej i mi smakuje. Zasługuję chyba na jakąś karę.
Obejrzałem trailer drugiej części - przepis się zgadza. Wszystko na miejscu, dokładnie jak w pierwszym filmie. To jest cudowne. Kolejna fantastyczna strata czasu. Wiem, że znowu zamówię sobie powiększony.
Celem tego tekstu nie jest ekspiacja. Chciałbym po prostu, żeby wszystko było jasne. Przemyślcie dobrze, czy wobec powyższego dalsze czytanie tego bloga ma jakikolwiek sens.

Ścieżkę dźwiękową dedykuję dziś wszystkim współposiadaczkom i współposiadaczom mojej pięty achillesowej w postaci okazjonalnych bezkrytycznych zachłyśnięć niską kulturą amerykańską oraz Ronaldowi McDonaldowi i Świadkom Jehowy. Zamówiłem wam zestaw powiększony z czarnym Michaelem i teledyskiem z epoki przedkomputerowej. The Jackson Five: Can You Feel It?
McAngelo pochodzi stąd. Tucznika znalazłem na wykop.pl

2 komentarze:

c pisze...

>"Przemyślcie dobrze, czy wobec powyższego dalsze czytanie tego bloga ma jakikolwiek sens."

Pod McDonald'owym mułem jeszcze wiele metrów do dna - do momentu w którym zaczniesz dołączać Hity na Czasie (http://tiny.pl/pnnl) jako ścieżki dźwiękowe, to idzie wytrzymać - nawet te nudne, betonowo-lastrykowe klocki.

Anonimowy pisze...

you're my boy! :))