środa, 9 stycznia 2008

Ucieczka od wolności

Roniący czarne łzy dekadencki królik, którego spotkałem dziś na mieście, oddaje nieźle mój obecny stan ducha. Dziesięciodniowe wakacje w ojczyźnie, w zgodzie z przewidywaniami, poważnie zakłóciły mój rytm szkolny. Cudowny łańcuch rozkoszy towarzyskich, zmysłowych i duchowych tak mnie rozbestwił, że rzeczywistość szwajcarska, wypełniona uczciwym znojem zdaje mi się teraz szara i nudna w porównaniu z polskim rajskim ogrodem. Nadal nie zabrałem się na poważnie do pracy. Od przyjazdu skutecznie wynajdywałem różne zajęcia, które mogłyby choć trochę opóźnić nieuchronne zderzenie z górą lodową ETH. I tak w niedzielę wybrałem się do Fundacji Buehrle - galerii urządzonej w podmiejskiej willi. Wisi tam jedna z największych i najbogatszych na świecie prywatnych kolekcji dzieł sztuki. Tylu impresjonistów na raz nie widziałem chyba od czasu wizyty w Musee d'Orsay. Być może dlatego właśnie w poniedziałek musiałem to porządnie odespać, co zostawiło mi zaledwie nieco czasu na zaległe lektury. Dziś uczyniłem pierwszy krok ku wdrożeniu w kierat, ale zrobiłem to tak pokrętnie, okrężnie i niechętnie, że aż nie powinno się liczyć. Pojechałem na uczelnię do biblioteki, jednakże ze względu na piękne słońce postanowiłem zawadzić o okolicę dworca, żeby zwiedzić szkołę wyższą nauk społecznych Sihlhof. Nie ma co o niej dużo pisać. Powiem tylko, że muszę po tej wizycie poważnie przemeblować górne partie mojego prywatnego rankingu ulubionych budynków w Szwajcarii. Zdjęcia tutaj. Nie, jednak nie da się nic zupełnie nie napisać. To jest coś niezwykłego. W sumie kilka prostych trików. Po pierwsze piękne materiały - ściany zewnętrzne z ogromnych płyt szlifowanego konglomeratu o kruszywie z ciepłobeżowego wapienia. Bryła jakaś taka addytywna, z klocków jakby, zgrabna niczym ciało lekkoatletki. Pustka przez środek, ale nie dziura w stylu komina, tylko dziwna, poprzesuwana, z mostkami, galeriami i balkonami. Betonowe ściany wewnętrzne z różnobarwnymi nadrukami. Ogromne okna o bardzo regularnym rytmie, który jednak nie wpada w faszyzm tylko subtelnie się odmienia przez różne przypadki. Ech, majstersztyk po prostu. Dranie nazywają się Giuliani&Hönger. Z serca polecam.

Ścieżka dźwiękowa: czy zważywszy na tytuł posta ktokolwiek ma do zaproponowania jakąkolwiek alternatywę? Wątpię. Georgios Kyriacos Panayiotou: Freedom. I czy ktoś oprócz mnie pamięta jeszcze czasy, kiedy Linda Evangelista rządziła, Jerzy roztaczał wiarygodne pozory heteroseksualności a czytnik CD mógł dostać główną rolę w teledysku?

Brak komentarzy: