Mam chyba zespół odstawienia. Wczoraj wieczorem przestał działać w domu internet. Zasypiałem nawet zadowolony, bo zrobiłem wszystko, co było do zrobienia i wysłałem precz. Sieć podziękowała kiedy robiłem ostatnią herbatę. Doskonała okazja żeby położyć się spać o pierwszej zamiast o trzeciej – pomyślałem. Niestety! przechodząc od stołu do łóżka (<3m) zauważyłem własny przewodnik po Szwajcarii i wiadomo... Wstałem po jedenastej, zły na siebie, że znów nie o szóstej i z rządzą łączności. Naturalnie włączyłem K od razu, żeby zobaczyć co tam w polityce, a tu nic. Nie ma guugl, nie ma nic. Spędziłem godzinę grzebiąc w windowsach, oczywiście w pidżamie, w pół drogi do łazienki i bezskutecznie. W końcu musiałem nieodwołalnie opuścić pokój. Higiena i odżywianie nie przyniosły ukojenia, pozbawione treści, zatrute dziegciem braku gmaila. Prysznic oblał mnie podle zimną kiedy byłem jeszcze suchy i myślałem o TCP/IP. Jogurt truskawkowy M-Budget odsłonił ohydną chemiczną twarz, syrop perfidnie odłączył się od nabiału, źle. Na dodatek czas złośliwie się kurczył, bo na drugą chciałem koniecznie zdążyć z jakimś papierem do biura stypendialnego. Pół godzinki restartowania na zmianę routera, nadajnika WLAN i komputera nic nie zmieniło i musiałem biec. Na zewnątrz lodownia, a ja ubrałem się za lekko. W ipodzie wszystko przesłuchane – źle. Trolejbus odjechał. Drobnych za mało o 10 rappenów, żeby kupić tageskartę – źle. W tramwaju jakieś dzieci kłóciły się na zmianę po schwitzerdeutsch i po hiszpańsku z akcentem latynoskim. Drażniły mnie potwornie, wymawiały niewłaściwie c i z. Dziewczynka biła chłopca, dyskutując jednocześnie z matką. Matka pobłażliwa bezgranicznie – źle. Potem usiadł obok mnie wielki murzyn i śmierdział – nie wiem czym, ale niezwykle intensywnie. Wysiadłem. Na uczelni byłem dwie po. Biuro otwarte, bo nie DO drugiej tylko OD drugiej – ale skąd miałem wiedzieć, skoro pępowina odcięta. Okazało się, że nie dofinansowują wycieczek szkolnych, więc cała podróż na marne. Trudno. Zdecydowałem, że trzeba się wziąć, zrobić coś konstruktywnego, jakiś czyn, który nada sens dniu, bo do tej pory był jak pieróg bez farszu. Kupiłem bilet roczny na tramwaj i poczułem się nieco lepiej. Zawsze to jakiś bodziec - solidnie sobie gotówki upuścić. Zrobiło mi się poza tym trochę cieplej ze złości. Poszedłem do Muzeum Wzornictwa, gdzie wystawa Nature Design. Dopiero kiedy byłem już wewnątrz uprzytomniłem sobie, że dzisiaj poniedziałek. Źle - muzea nieczynne. Studenci jacyś rysowali przedsionek i dziwnie na mnie patrzyli. Od tamtej pory stan mój już się właściwie nie pogarszał. Idąc do domu zaszedłem jeszcze do bardzo dziwnego sklepu India Food Bazaar. Na początku myślałem, że galeria, bo na wystawie instalacja a la Matthew Barney. Szybko się wydało, że za Kunst wziąłem jakieś indyjskie warzywa. Nad wejściem olbrzymi napis FRISCHE FISCHE. Niestety nie wytrzymałem długo w środku – fische nie były frische. Wróciłem do domu i masz – zastałem pocztę o obowiązkowym ubezpieczeniu...
I jeszcze historia smutna o ptaszku. Na dworcu jest ogromna budowa. Kopią tunel nowy pod rzeką. Koparki i inne transformery piękne żółte już usypały wewnątrz rzeki wyspę i teraz w środku tej wyspy zaczynają kopać dalej. Jest jakby ogrodzony wałem plac pośrodku rzeki, dookoła którego płynie woda. I pośrodku tego placu siedział sobie dziś ptaszek – jakiś rybny, mewa czy coś. Podjechała kopara na gąsienicach, wielka niemożliwie. Zatrzymała się, bo pan ptaszka zauważył. Otworzył drzwi i powiedział mu, żeby sobie poszedł. To on odszedł trochę, ale nadal zagradzał. To pan podjechał dalej – ptaszek odsunął się kawałek ale znów na drodze usiadł. To pan wyszedł w ogóle, przeprosił ptaszka grzecznie na bok i pojechał kopać. Czemu ptaszek nie odlatuje - myślę. Ptaszek był w ogóle dość niemrawy, minę miał niewyraźną, oczy szklane - tak mi się z daleka zdawało. I niestety, jak się odwrócił drugim bokiem to się okazało. Ciągnął za sobą skrzydło lewe, kompletnie zdefasonowane i kwalifikujące się natychmiast na ostry dyżur małych zwierząt. On sobie tam pośrodku rzeki czekał grzecznie na lot do krainy wiecznych łowów a pan mu przeszkodził. Pomyślałem zaraz o Zosi, która by się wpław rzuciła ptaszkowi na pomoc. A ja, stary cynik, zasępiłem się tylko nad ptasim losem i poszedłem. I z tego wszystkiego zapomniałem kupić pastę do zębów.
Ścieżka dźwiękowa: The Rolling Stones: ‘Paint it black’. A potem od razu ‘She’s a rainbow’, żeby zaczął w końcu działać, bo nie wiem, co będzie...
wtorek, 23 października 2007
Zły dzień!
Autor:
Jan Strumiłło
o
01:03
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

5 komentarzy:
zaczął, wrócił, żyję!
to juz wiesz co to PMS. badaj piersi, znaczy sprawdzaj czy nie masz, moze w czekoladzie jest hormon?
http://www.hypergogo.com/2007/10/trzy-mega-polis.html
a tu KONKURENCJA pisze - moze demagogia ale fajna
nb mnie sie te linki zwijaja i nigdy nie rozwiaja powtornie. topia sie w monitorze. sprawdzalam na jednym PC, jednym iBooku i jednym PowerBooku
na żoli opadają liście i robi się ponuro. honoru byłego lata bronią tylko dzielnie topole włoskie. ale ja nie o tym. chciałam ci polecić film dokumentalny "Schindler's Houses" o czterdziestu budynkach zaprojektowanych w latach 1921 - 52 przez Rudolpha Schindlera. Film nietypowy i urzekający bo oparty na najprostrzym z możliwych zamyśle: statyczne kadry ukazują kolejne domy, wille, apartamenty, sklepy i kościoły w kilku ujęciach. plus wnętrza. plus równie statyczne plany ogólne z miejskim otoczeniem każdego budynku. wszystkie kadry bez komentarza. 99 minut oddechu i czystej kontemplacji prosto z południowej Kalifornii. jeśli nie znajdziesz tego filmu na miejscu mogę ci w darze nadać piracką kopię.
http://picasaweb.google.com/malgorzatazofia/Suzina_mieszkanie/photo#5122260184629546210
akacje trzymaja sie mocno. co zadziwia, gdyz sa tropikalne
Prześlij komentarz