
Dziś wieczorem wydałem kolację dla moich pierwszych zurychskich dobrodziejów, Kamili i Petera. K&P gościli mnie i żywili w swoim mieszkaniu przy Pflanzschulstrasse najpierw przez cztery dni w czerwcu, kiedy przyjechałem na rozmowę kwalifikacyjną, a teraz jeszcze przez dziesięć dni w październiku, gdy szukałem mieszkania. Zająłem ich pokój dzienny i codziennie około szóstej rano miałem lekkie wyrzuty sumienia słysząc przez senną watę jak chrupią muesli przy swoim mikroskopijnym stoliczku w kuchni. Na szczęście K wyjaśniła, że zawsze tam jedzą a stół w dziennym tylko od wielkiego dzwonu (może lekko przesadziłem - zawsze na kolację). Dług wdzięczności będę im spłacał jeszcze długo - na zadatek podjąłem ich dziś wieczerzą. Zaprosiłem też oboje moich współlokatorstwo ale przyjęła tylko Jana - Michael pojechał do Berna, jak co weekend. Kiedy wchłonęliśmy już leguminę i przystąpiliśmy do tankowania kawy, herbaty i koniaku (spokojnie, nie obrobiłem banku - trunek był na stanie kiedy się wprowadziłem) rozmowa zeszła na temat pracy. Zresztą jakże by mogło być inaczej, skoro przy stole siedziało czworo architektów. W każdym razie K pracuje w biurze Stücheli Architekten, które zaprojektowało mieszkaniówkę o nazwie KraftWerk1 wym: kraftwerkajnc. Zwiedzałem ten dom dwa tygodnie temu podczas 'wycieczki klasowej' i już od dawna miałem o nim wspomnieć. Jest to niewielki kwartał składający się z trzech budynków mieszkalnych i biurowca. Wszystko na terenie poprzemysłowym. Architektura z zewnątrz bardzo OK ale nie rzuca na kolana. Oglądałem ją w czerwcu ale ani fasady ani bryły nie wywołały u mnie gęsiej skórki. Tymczasem w środku jak się okazało wyprawiają się dziwy nieopisane. Inwestorem była spółdzielnia/wspólnota/sam-nie-wiem-jak-to-nazwać (niem. Baugenossenschaft) składająca się z filozofów, socjologów, różnorakich artystów, poetów, projektantów i po prostu dziwaków - przy czym, jak nam wyjaśniła przewodniczka, to nie jest jedyna tego rodzaju grupa w CH. Cała banda przez dziesięć lat mniej więcej przygotowywała się do zamieszkania wspólnie. Spotykali się i wszystko obmyślali, jednocześnie poszukując ziemi. I trafiło im się, bo kupili teren, na którym ktoś zaprojektował sobie biurowiec ale na skutek spadku cen zrezygnował z budowy i wystawił tanio na sprzedaż. Oni się wtedy sprężyli, banki i inne spółdzielnie pomogły i nabyli. Mieli wolty skomplikowane z projektantami, ale ostatecznie dom jest w portfolio Stücheli. Pani mówiła, że palce maczali też Bünzli&Courvoisier. Dość, że zwykły z zewnątrz bloczek w środku mieści różnorakie atrakcje społeczne o których mnie się na przykład w PL nigdy nie śniło. To teraz w punktach:
A: Korytarzowiec, ale jaki!. Na niektórych piętrach system Marsylski, tzn mieszkania maisonette dwukondygnacyjne do góry i do dołu.
B: Wszystkie mieszkania mają okna na korytarz. Różne okienka, o różnych proporcjach, na różnych wysokościach. Czyli można zajrzeć do środka! Np przez jedno z nich było widać wnętrze czyjejś szafy z płaszczami i marynarkami:) Malutkie okno-szparka w każdych drzwiach. Mieszkańcy oczywiście mogą, jeśli chcą, zasłonić od środka - ale nie zasłaniają.
C: Są dwa mieszkania montrualne (po 9 pokoi) na kilku kondygnacjach rozłożone. Na dodatek połączone. Mieszka w nich piętnastoosobowe wohngemeinschaft! Czyli tak, jakby 15 osób na spółkę wynajęło... coś ogromnego. I to nie studenci, tylko stare konie. Niektóre bardzo stare. I naprawdę tworzą wspólnotę - mają różne grupowe zajęcia. Np. co dziesięć dni dwie osoby gotują kolację dla wszystkich, później zmiana. Świetnie wygląda ich kolekcja filmów - wszyscy się dorzucali, więc wyszła pokaźnej wielkości wypożyczalnia osiedlowa.
D: Mniej więcej w połowie wysokości budynku trakt sie wypłyca z 18 metrów do 16 i powstaje balkon, który się ciągnie wzdłuż całości (ok 60 metrów). Wychodzą na niego różne mieszkania. Nie jest poprzedzielany ściankami! Dzieciaki się oczywiście na tym piętrze wszystkie znają i łażą bez limitu po mieszkaniach. Stoi mnóstwo różnorakich stolików i krzeseł z różnych parafii.
E: Jest wspólny sklepik na parterze czynny tylko wieczorem przez 2 godziny. Zajmują się nim 2 osoby. Sprzedaje się tam produkty polecone przez różnych członków wspólnoty a także np książki napisane przez mieszkańców albo jakieś inne ich produkty - niektóre oczywiście z klucza 'nie mam co robić, więc może pomaluję na szkle' a inne - świetne.
F: Oczywiście, jak w każdym szwajcarskim domu wielorodzinnym (słowo 'blok' jakoś nie przechodzi tu po prostu przez palce) pralnia jest wspólna. Tylko że zwykle mieści się w piwnicy i nosi miano Waschküche a tutaj zajmuje prominentne miejsce na parterze i nazywa się dumnie Waschsalon.
G:Na dachu jest taras z widokiem na całą dolinę. Przylega do niego pomieszczenie służące do urządzania imprez -urodzin, grilli, etc., z własną kuchnią i łazienką. Odbywają się tam zebrania wspólnoty a także pokazy filmów - w 'bloku' działają dwa kluby filmowe.
To tylko kilka przykładów, do Z spokojnie bym z pamięci dociągnął. Nachodzi mnie w tym miejscu refleksja następująca: jakie to świetne! Pewnie o tym właśnie marzył Lenin, gdy przebywał na emigracji w Zurychu. Nie wiedział biedaczek, że rewolucja to pociąg w dokładnie przeciwnym kierunku. Myślę sobie o niezliczonych klatkach schodowych Kabat, Gocławia i Bemowa, gdzie mieszkańcy nie wiedzą, jak się nazywa sąsiad z naprzeciwka i gdzie każdy ma WŁASNĄ pralkę, projektor i balkon. Szwajcarzy są bogaci, bo rozrzutność mniej u nich powszechna, niż w plemieniu Lecha... Osobiście mam wrażenie, że w PL też by tak można, tylko nikt o takich rzeczach nie wie. Moje zdjęcia z wnętrza Kraftwerk1 tutaj. A oficjalna strona spółdzielni tutaj.
Ścieżka dźwiękowa: John Lennon: 'Imagine'.
Chodzi mi oczywiście o zwrotkę im. Lenina:
Imagine no possessions
I wonder if you can
No need for greed or hunger
A brotherhood of man
Imagine all the people
Sharing all the world
***
You may say that I'm a dreamer
But I'm not the only one
I hope someday you'll join us
And the world will live as one
sobota, 20 października 2007
John Lennin vs KraftWerk
Autor:
Jan Strumiłło
o
00:08
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

8 komentarzy:
...I to tak pięknie działa?
Czyżby Le Corbusier się nie mylił?
i nawet im przyrasta lepiej niz u nas w bloku. na tym wspolnym balkonie bez scianek. rodzina jest passe, to jasne jak slocee ;)
http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_countries_by_population_growth_rate
miejsca 173 i 213
>>anonim:
ładnie to tak? proszsz się podpisywać!
Le C się nie mylił, ale kompetencji starczało mu tylko na CH (ur w la chaux de fonds) a jak zaczął cały świat uszczęśliwiać, to się okazało, że imigranci na przedmieściach Paryża nie sprzątają klatek tak dokładnie jak babcie szwajcarskie no i niestety bloczki poza CH przeszły na ciemną stronę mocy.
nie ładnie, przepszszm :)
glupio mi wiec podrzucam link do artykulu z wyborczej. Zdjecia ladne - acz szkoda, ze takie zminiaturyzowane - w kazdym razie przypadek HdL (prawie jak HdM)moze sluzyc jako argument przeciwnikom takiego dobra spolnego.
http://dom.gazeta.pl/nieruchomosci/1,73497,3665600.html
przyrosty - w ramach 'stania nas na cud gospodarczy' bedziemy gonic Irlandie, moze i w tym rankingu :P
pozdrawiam z ciszy wyborczej
a to pamietasz?
"drodzy francois i magdo
jan s i magdalena p zaprosili was na kolacje nie
posiadajac stolu i wystarczajacej liczby nakryc.
zyczliwi"
bloczydło straszne, ale jak widać im to odpowiada. Pomysł na budowanie ze znajomymi doskonały. Wspólne imprezy i oglądanie filmów kupuję. Trzeba jednak ustalić dyżury wyciągania włosów z wanny, a to już całkiem inna sprawa.
>>slo
Mais bien sur que je me souviens!
I to jeszcze jak! - ja tu mam sequel rue des buttes des coemes. W roli wiktora: jana, w roli jana: jan, w roli karima: michael (wyjeżdża na weekendy do berna do dziewczyny). Rola magdy pozostaje na razie nieobsadzona, producenci wahają się pomiędzy kate moss i keirą knightley
>>katz
tu włosy nikomu nie wypadają bez pozwolenia :)
Prześlij komentarz