poniedziałek, 19 listopada 2007

Żigągłije

Moim zdaniem przysłowie 'nieszczęścia chodzą parami' jest tylko bladym, szczególnym przypadkiem szerszej prawidłowości: 'jak już się dzieje, to wszystko na raz'. Przeżywam tu właśnie tydzień życia (nie w sensie 'tydzień z życia mężczyzny' tylko tak jak 'człowiek roku', 'spawacz miesiąca', 'oferta tygodnia', 'kawał dnia'). Właściwie jest to tydzień życia plus - zarówno tydzień plus, bo dziesięć dni minimum, jak i plus w ogóle, bo tyle się dzieje i tyle muszę zrobić. Tak jak w filmie Magnolia wszystkie moje wykłady i zajęcia, niczym kwiat jakiś przecudny, rozkwitły koniecznością wykonania pedeefów, prezentacji, wypracowań, niepotrzebne skreślić, wszystkie w tym samym mniej więcej momencie. Mało tego, okres zakwitania szkolnej magnolii magnetycznie przywabił wcześniejsze terminy, które już od dwóch tygodni bezwiednie wpisywałem sobie do kalendarza na ten właśnie tydzień. I jeszcze spontanicznie coraz więcej i więcej: dzisiaj dostałem np wezwanie, żeby bezzwłocznie odebrać kartę stałego pobytu. Zrób sobie proszę zdjęcie, potem odstój w urzędzie imigracyjnym kwadranse w kolejce z murzynami i słowianami o włosach sklejonych gipsem i pyk! - trzy godzinki z głowy. Akurat teraz dokładnie! Nie wspomnę o przeróżnych kulturalnych atrakcjach, które stale od ust sobie odejmuję. A to wystawa w Bernie, a to festiwal w Lucernie, a to koncert w Winterthur. Nie mówiąc o pogodzie boskiej, która woła o wycieczki. Na dodatek dopiero co pokonałem przeziębienie i chciałbym biegać skakać. A tu książki się nie mieszczą na stole prawie i czeklista długa na trzy postity. I właśnie chciałem w sobotę bojowo odkreślać z postitów, a nie szło mi! Miętosiłem niemożliwie jakąś prezentację na wykład z wykonawstwa budowalnego. Słońce za oknem jak drut, a ja ci ściągam z internetu zdjęcia wykopów, dźwigów i pomp drenujących. Nie - stwierdziłem - internet będzie też po zmroku, wychodzę się przewietrzyć, poza tym to pomoże mi w pracy - przekonałem sam siebie dość łatwo, znam się przecież ze sobą nie od dziś (he he - stary trik, ale działa na mnie bez zarzutu). I pojechałem z zamiarem zwiedzenia Oerlikon, który ma się do Zurychu prawie tak, jak Kabaty do Warszawy. Prawie robi tu, rzecz jasna, wielką różnicę. Ode mnie jedzie się trolejbusem 72 z przystanka Hubertus do Buchegg Platz i tam przesiadka w tramwaj 11. Wysiadłem na Buchegg i czekam. Czekam, czekam, słonko świeci. A na placu tym przesiadam się codziennie niemal w autobus nr 69, który wjeżdża na Hoenggerberg. Jest tam nowa mieszkaniówka, nie wiedziałem dotąd czyja, zapakowana w szkło kolorowe. Nigdy wcześniej nie miałem czasu dokładnie się jej przyjrzeć, do szkoły się zwykle spiesząc albo ze szkoły do Migros po chleb, bo tu zamykają o siódmej i spóźnialscy muszą ssać łapę. No to ciach - pomyślałem i poszedłem ją fotografować. Jak już się dzieje, to wszystko na raz: na chybił trafił postanowiłem spróbować wejść do jednej z klatek schodowych - a nuż się uda? Nie dość, że klatka otwarta, to jeszcze okazało się, że akurat dziś dzień otwarty i można obejrzeć wnętrza mieszkań świeżutko oddanych. Obfotografowałem więc wszystko, łącznie z wbudowanym w komplecie mini-przedszkolem, dowiadując się przy okazji od miłych panien, które zmywały podłogę w mieszkaniach, że właśnie odbywają praktykę w biurze Gigon&Guyer - projektantów budynku. Zdjęcia tutaj. A teraz na deser coś śmiesznego: ten dom to mieszkaniówka socjalna. Miasto Zurych zbudowało go specjalnie z przeznaczeniem dla rodzin wielodzietnych - mieszkania mają po 5-6 pokoi. Wniosek: bezkrytyczne rozmnażanie w Szwajcarii może mieć niezwykle komfortowe następstwa. Po powrocie do domu z Oerlikonu byłem zbyt zmęczony, żeby pracować. Ugotowałem niesmaczne szwajcarskie ziemniaki Migros i bardzo czystą marchew Migros, zjadłem to z majonezem Migros i poszedłem spać.

Ścieżkę dźwiękową dedykuję przyszłym rodzicom wielodzietnym (w tym, jak da Święty Józef, i sobie): Peter, Bjorn & John 'Young Folks'

16 komentarzy:

Anonimowy pisze...

mam kolezanke, ktora wybrala na bierzmowaniu imie Jozef (jako trzecie) moze da, moge zapytac

uhuuuhuuu

ziemniaki i marchew z majonezem??? boszszsz, to chyba makaron z serkiem toska jest lepszy, choc rownie krejzi :)

Anonimowy pisze...

http://rzeczy.net/czytaj_288.php

a tu piszo tez, choc mieszkan socjalnych im nie dajo

Anonimowy pisze...

makaron z serkiem menel

Peter Bjorn to piosenka mojego dyplomu, a raczej modelu w skeczapie

Jan Strumiłło pisze...

makaron skeczapem

Anonimowy pisze...

co ma tomato to ma to keczap

serek menel - b obiecujacy product

Anonimowy pisze...

pij actimenel przez dwa tygodnie i zobacz roznice

Anonimowy pisze...

podobają mi się praktyki u gigon i Guyer z mopem w ręku. Poznawanie architektury od podszewki powinno być marzeniem każdego szanujacego sie adepta tej sztuki.

dlaczego już nie piszesz? czy zakleiłeś się na śmierć postitami?

Big Blue pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Anonimowy pisze...

to kacper pisze

Anonimowy pisze...

podobają mi się praktyki u gigon i Guyer z mopem w ręku. Poznawanie architektury od podszewki powinno być marzeniem każdego szanujacego sie adepta tej sztuki.

dlaczego już nie piszesz? czy zakleiłeś się na śmierć postitami?

kacper

Anonimowy pisze...

pewnie i tak nie czytasz komentarzy!

Anonimowy pisze...

kacper, nie solilokwiuj

Anonimowy pisze...

Napiszże coś!

Jan Strumiłło pisze...

Uwaga - powrot Jedi!
Mialem troche urwania glowy ze szkola ale glowa juz oderwana i powracam.
Kacyk - czytam komentarze, ale one pojawiaja sie dopiero po dlugiej nieobecnosci. piszta co chceta ale piszta, zebym wiedzial, ze czytata.

Tomek pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Tomek pisze...

http://tinyurl.com/26x4na

a tu ulepszona wersja sciezki dzwiekowej
na wiwat z okazji nowych notek :)